O Kościele, który się odradza, tabernakulum z apteczki, czaju, chodzeniu po domach jak apostołowie i wertowaniu książki telefonicznej z przełożonym Kościoła w Turkmenistanie – Andrzejem Madejem OMI – rozmawia o. Marcin Wrzos OMI.

Marcin Wrzos OMI: Andrzeju, czy wiesz, gdzie leży Turkmenistan?

Andrzej Madej OMI: Ha, tymi słowami przypominasz mi słowa ojca prowincjała Jana Bieleckiego OMI, z 1996 r., który powiedział, że mnie tam wyśle, bo taka jest wola Kościoła – żeby zakładać misje Kościoła katolickiego w Turkmenistanie.

Do tej rozmowy chcę właśnie nawiązać. Co było dalej?

– „Do Turkmenistanu? A gdzie leży ten Turkmenistan?” – tak wtedy powiedziałem prowincjałowi. „No zobacz sobie na globusie. Zobacz, dokąd pojedziesz” – odpowiedział. I zobaczyłem. Graniczymy z Iranem, Afganistanem, Kazachstanem i Uzbekistanem. Jesteśmy na wschód od Morza Kaspijskiego. 75-82% powierzchni kraju stanowi pustynia Kara-Kum. Piaski, piaski, piaski…

25 lat temu – Ty i Radek Zmitrowicz OMI – przylatujecie do Turkmenistanu i zaczynacie ewangelizować. Ale nie możemy mówić, że to 25 lat historii chrześcijaństwa w tym kraju – bo byśmy przekreślili całą wcześniejszą historię. Mówi się, że dotarł tam już św. Tomasz, że chrześcijaństwo było tam od samego początku, czyli prawie od 2 tys. lat. Tysiąc lat wcześniej niż w Polsce.

– W związku z tym, że mamy rok jubileuszowy naszej obecności, w tych dniach drukowany jest album poświęcony naszej misji. W tej publikacji przypominamy historię Kościoła i chrześcijaństwa na ziemi turkmeńskiej. I to są już pierwsze wieki. To jest potwierdzone przez historyków Kościoła i archeologów. Ci ostatni do dzisiaj coś tam jeszcze odnajdują, np. jedenaście lat temu odnaleziono resztki świątyni nestoriańskiej na ziemi turkmeńskiej w pobliżu miasta Mary, czyli miasta Maryi. Ufam, że ten album będzie dostępny także po polsku. Będziemy czytać o historii, o pierwszych wiekach chrześcijaństwa już za Morzem Kaspijskim.

Prawdopodobnie tamtędy przez Jedwabny Szlak mógł iść do Indii św. Tomasz. W wiekach średnich w Mary nastąpił rozkwit chrześcijaństwa, historia odnotowuje, że żyło wtedy na tym terenie naprawdę wielu chrześcijan. Zatem to jubileusz odrodzenia się chrześcijaństwa, po wielu latach, gdy go na tym terenie nie było.

Praca misyjna w Turkmenistanie to często pokonywanie samochodem ogromnych odległości.
Fot. ARCH. ANDRZEJA KERNERA/GOŚĆ NIEDZIELNY

Andrzeju, pierwsze momenty Waszej misji w Turkmenistanie – jakie były? Chodziliście dwójkami od drzwi do drzwi. Czasem nie trzeba nic więcej wymyślać.

– Dokładnie tak jak w Biblii. Żył tu pan Walenty Tyszkiewicz, który miał spis członków nieformalnej organizacji polonijnej. Najpierw nam udostępnił tę listę. Szukaliśmy tych ludzi. Stwierdzaliśmy, że jak ktoś ma korzenie polskie, to może mieć też coś wspólnego z Kościołem. Chodziliśmy od drzwi do drzwi, pukaliśmy. Czasem trafialiśmy na dobry ślad, często jednak nie. Mimo wszystko nigdzie nie powiedziano nam: „Wynoście się”. Raczej pytano nas o to, kim jesteśmy, czego chcemy. Rozmowy z tymi ludźmi dotyczyły wiary w Boga, chrześcijaństwa, Kościoła, różnicy, jaka jest między Jezusem a Mahometem. To były bardzo dobre rozmowy, nawet jeśli rodzina nie miała korzeni polskich lub nie pamiętała, że ma takie korzenie.

Na początku Waszego pobytu w Turkmenistanie ważną rolę odegrała apteczka, która służyła za tabernakulum. To ważny symbol – Jezus ratownik, który przychodzi do człowieka.

Tak, to bardzo symboliczne. Mamy tę apteczkę do dzisiaj, ale służy nam już tylko w Wielki Czwartek podczas Triduum Paschalnego, kiedy robimy z niej ciemnicę. W Roku Jubileuszowym 2000 napisałem do papieża Jana Pawła II, że nie mamy tabernakulum. I poprosiłem, by nam takowe podarował. I odpowiedział, że przy najbliższej okazji mam się zgłosić, bo jest dla nas tabernakulum. Do dziś w naszej zakrystii wisi dokument, że tabernakulum to dar Jana Pawła II.

A wracając do apteczki to warto wspomnieć jeszcze o pewnej historii. Przyszedł do nas ktoś na mszę św., pierwszy raz w życiu. I mówi po niej: „Jakie lekarstwo wy dajecie?”. Pytam się: „Jakie lekarstwo? O co chodzi?”. On mówi, że coś takiego białego dawaliśmy ludziom i myślał, że to lekarstwo. Powiedziałem mu, że to jest Pan Jezus pod postacią chleba. I że bardzo trafiona jest jego intuicja, bo często po Komunii św. jest modlitwa, w której wyznajemy, że przyjęliśmy Najświętszy Sakrament, Jezusa, „Niebieskie lekarstwo”.

Wróćmy na chwilę do Jana Pawła II. Jest rok 1995 r. Przychodzi list z Turkmenistanu i ówczesny nuncjusz w Kazachstanie, arcybiskup Marian Oleś, zaczyna szukać zgromadzenia zakonnego, które zdecydowałoby się wyruszyć do tego kraju.

– To było tak. W Krasnowodzku, dzisiaj Turkmenbaszy, w porcie nad Morzem Kaspijskim, była grupa Niemców. Mieli korzenie katolickie. Usłyszeli, że w sąsiednim Uzbekistanie jest już kapłan. Napisali więc list do papieża: „W Turkmenistanie też są katolicy. Prosimy, żeby Ojciec Święty i do nas przysłał kapłana”. Papież wysłał ten list do nuncjusza w regionie, do Ałmaty w Kazachstanie – do abp. Mariana Olesia i poprosił, by on się zorientował w sytuacji. Biskup Oleś pojechał do Krasnowodzka, 3000 km samochodem. Spotkał się z tymi ludźmi. I oni prosili o to, by ochrzcił ich dzieci, by udzielił im sakramentów. Nuncjusz obiecał, że w tym celu przyśle do nich na jakiś czas kapłana. I tak przyjechał do nich marianin, ojciec Henryk. W oczekiwaniu na samolot w Aszchabadzie Henryk zatrzymał się na tydzień u pani Raisy Karimovej, u której – jak się okazało – były potem pierwsze spotkania zainteresowanych Kościołem.

Arcybiskup pojechał po jakimś czasie do Rzymu ze sporządzonym przez ojca marianina raportem. Wtedy papież zdecydował się na wznowienie obecności Kościoła katolickiego na turkmeńskiej ziemi i dał nuncjuszowi następujące za-danie: „Znajdź kapłanów, znajdź kogoś, kto pojedzie do Turkmenistanu”. Jeśli się nie mylę, to nuncjusz „pukał” do drzwi 28 zgromadzeń, żeby znaleźć chętnych, którzy pojechaliby do kraju w Azji Centralnej. Wszyscy mu odmawiali. Dopiero oblaci powiedzieli: „Tak, my weźmiemy tę misję”. Rok był szczególny, tuż po kanonizacji naszego założyciela. Nasz ówczesny generał (superior generalny) o. Marcello Zago (współautor papieskiej encykliki Redemptoris missio) przyjął pewnie tę misje w duchu wdzięczności za ogłoszenie świętym ojca Eugeniusza de Mazenoda.

Jak przez te lata, w czasie których „odtwarzaliście” Kościół na turkmeńskiej ziemi, wyglądała sytuacja wspólnoty?

Gdy już na stałe wylądowaliśmy w Turkmenistanie 10 października 1997, to katolików tu nie było. Zaczynaliśmy od zera – od tego wspomnianego chodzenia po domach. Czytaliśmy spis telefoniczny, odwiedzaliśmy rodziny, których nazwisko kończyło się na „ski”. Mieliśmy nadzieję, że taka rodzina ma polskie korzenie. Nasze początki były bardzo skromne. Ojciec Ryszard Szmydki OMI, wówczas w zarządzie zgromadzenia odpowiedzialny za misje, mówił nam: „Zaczynajcie, nie spiesząc się, od korzeni, powoli, z niskiego profilu”. Ludzie, których spotykaliśmy okazywali zainteresowanie Bogiem. Zapraszaliśmy, by do nas przyszli. Pierwsze owoce naszego „kolędowania” po Aszchabadzie to byli pojedynczy ludzie. Przyszli spotkać się z nami, wypić czaj (herbatę), porozmawiać o Panu Jezusie, pomodlić się, przeczytać trochę Ewangelii. I tak powoli przybywali kolejni. I w ten sposób sformowała się wspólnota katechumenów. Mieliśmy już więc kogo przygotowywać do chrztu. Piknik z Turkmenami i gośćmi z Polski Fot. ARCH. MARII PONIEWIERSKIEJ

Dużą pomocą było doświadczenie ojca Radosława z Drogi Neokatechumenalnej. Gdy ktoś nie był ochrzczony lub był ochrzczony, ale nie miał do czynienia z Kościołem, z wiarą – to pomocne były te intuicje z Drogi – żeby zacząć pracować, spotykać się z naszymi katechumenami. Tak to się zaczynało. Mało było tych ludzi. Od 1997 do 2000 r. odprawialiśmy Eucharystię w tygodniu we dwóch, bo nie było ochrzczonych. Pierwsze chrzty były dopiero w Wielkanoc w roku 2000. Wtedy ludzie zaczęli przychodzić w tygodniu na Eucharystię.

A jak dzisiaj wygląda Kościół w Turkmenistanie?

– Gdybyśmy zliczyli wszystkich ludzi, którzy przyłączyli się do Kościoła, to pewnie byłoby ich ponad 200. Niemniej, na mszy nie mamy tylu katolików. Ktoś odszedł, ktoś umarł, zachorował, ktoś przestał chodzić do kościoła. Zwłaszcza ostatnie dwa lata były dramatyczne. Nie zamknęliśmy kaplicy, cały czas była odprawiana msza św. Jednak ludzie się bali. Cerkwie prawosławne i meczety były zamknięte, więc i do nas ludzie bali się przychodzić. Przychodziło ich niewielu. Teraz, po pandemii, widać już, że trochę ludzi nam „odpadło”.

Turkmeni to ludzie pustyni, nomadzi. Jak wyglądają spo-tkania z nimi?

– Co tydzień mamy spotkanie biblijne. Kilka osób odwiedza kolejną rodzinę naszych katolików, a czasem spotyka-my się także na misji. Modlimy się na początku do Ducha Świętego, a potem czytamy słowo Boże przeznaczone na nadchodzącą niedzielę, wreszcie każdy z grupy ma prawo podzielić się tym, co usłyszał. Tym, jak słowo Pańskie w nim „pracuje”. Spotkanie kończy się modlitwą. Owocem tych spotkań są m.in. komentarze – wprowadzenia do niedzielnych czytań. To właśnie jeden z kolejnych elementów zaczerpniętych z Drogi. W czasie pandemii się nie spotykaliśmy i jeszcze nie wznowiliśmy spotkań biblijnych. Uda się to zrobić, mam nadzieję, w najbliższym czasie. Choć jest i „ale”, bo słyszymy, że pojawiają się nowe obostrzenia spowodowane strachem, że powróci pandemia. To trudny czas.

25 lat. Czy było warto? To przecież niełatwy teren pracy misyjnej.

– To wbrew pozorom niełatwe pytanie. Zawsze warto głosić Ewangelię. W naszym domu oblackim krzyżują się drogi – krajów Europy i Azji , różnych religii, konfesji chrześcijańskich, dyplomatów i polityków (bo jesteśmy tu także dyplomatami). „Człowiek jest drogą Kościoła”. To niezwykłe spotkania. Przez 25 lat uczymy się tu człowieka od Chrystusa: czytamy Ewangelię z ludźmi, którzy szukają prawdy, budzimy wiarę w Chrystusa i sami daje-my się ewangelizować tym, których spotykamy. Uczymy się słuchać i być dla innych. Nawracamy się wraz z tymi, których wzywamy do nawrócenia. To jest najpiękniejsze, choć to nigdy i dla nikogo nie jest łatwa lekcja.

Źródło: misyjne.pl