Kiedy przychodzi czas polowań, potrafią zniknąć na dwa miesiące. Nie mają pieniędzy na buty i książki. Nadrabiają uśmiechem i pracowitością. Gdy o wsparcie poprosili ich misjonarze, byli gotowi wykarczować pole oraz posadzić kukurydzę. O codziennym życiu Pigmejów opowiada w rozmowie z Papieskim Stowarzyszeniem Pomoc Kościołowi w Potrzebie s. Dariusza Dąbrowska z Kamerunu – czytamy na portalu misyjne.pl.

Idą kilka kilometrów. Chcą zdążyć na lekcje, ale nikt od nich tego nie oczekuje. Nie mają zegarków. Wiedzą tylko, że jest wcześnie rano. Przychodzą spóźnieni. Najczęściej na boso. Nie mają pretensji o to, że chodzą pieszo. Trudno im za to przyzwyczaić się do butów. Kiedy dostali klapki, po trzech dniach już ich nie potrafili znaleźć. Nie robią tego specjalnie. Przecież są dziećmi lasu. I tak jak ich rówieśnicy zasługują na to, by uczyć się w szkole.

Ogromną pracę, by zdobyć zaufanie Pigmejów wykonali już polscy misjonarze, wśród nich siostra Dariusza Dąbrowska ze Zgromadzenia Sióstr Opatrzności Bożej. W rozmowie z polską sekcją PKWP opowiada o codziennym życiu swoich podopiecznych. „Dzieci z przedszkola biorą udział w normalnych lekcjach. Każda trwa 1,5 h. Są z nami od 7.30 do 15.30” – mówi.

Jedzą tylko raz dziennie

Wyjaśnia, że po powrocie do domu na najmłodszych nie czeka obiad, ale praca. „Jedzą tylko raz dziennie. Wszyscy są zaangażowani w przygotowanie posiłku. Starsi chłopcy idą z tatą w pole. Ci młodsi szukają opału, żeby mama mogła coś przygotować. Dziewczynki też nie mogą stać bezczynnie, więc szukają wody, by nanieść dla całej rodziny. Te starsze przygotowują kolację z mamą” – podkreśla siostra Dariusza.

Fot. unsplash / Seth Doyle

Pomoc dla najmłodszych postanowiły zorganizować diecezja kaliska i PKWP. W ramach akcji „Mój brat Pigmej” zbierane są środki na edukację i wyżywienie. Do Pigmejów trafią książki, przybory szkolne. Dzieci będą miały też możliwość zjeść posiłek w szkole. Siostra Dariusza zwraca uwagę, że Pigmejów nie stać na opłacenie nauki. „Nie płacą za szkołę, nie mają z czego” – wyjaśnia. Nadrabiają jednak pracowitością.

„Prosiłam ich, żeby zrobili mi pole, ponieważ potrzebuję kukurydzy. Kiedy mam mąkę, mogę potem dzieciom ugotować coś w przedszkolu. Przyszła cała wioska. Dzieciaki, tatusiowie i mamusie. Wykarczowali pole i sadzili mi kukurydzę, maniok. Wykorzystuję to potem do wyżywienia dzieci” – zaznacza misjonarka.

Pigmeje są bardzo rodzinni

Pigmeje są bardzo rodzinni. Wewnątrz plemienia szukają kogoś, z kim spędzą resztę życia. Kiedy przychodzi czas polowań, cała wioska pustoszeje. Nie mają wątpliwości, że nikt ich nie okradnie. Spędzają w buszu nawet do dwóch miesięcy. Dzieci nie ma wtedy w szkole. Towarzyszą najbliższym. „Mężczyźni uczą chłopców jak polować. Kobiety zbierają miód” – mówi siostra Dariusza. Wyjaśnia, że trudno przewidzieć, kiedy najmłodsi wrócą do szkoły. „Oni się uśmiechają, a ja się dziwię, że nie było ich miesiąc czy dwa” – dodaje.

Nie wszystkie dzieci Pigmejów mają szansę się uczyć. Poprzez kampanię „Mój brat Pigmej” PKWP i diecezja kaliska chcą, by jak największa ich grupa mogła poznać swoich rówieśników, zacząć żyć w społeczeństwie, ale bez utraty swojej oryginalnej tożsamości. Siostra Dariusz Dąbrowska zauważa, że „mięso, jakie jedzą jest twarde, a nie miękkie, przez co niektóre dziewczynki mają piłowane zęby, by mogły lepiej je pogryźć”. Barierę komunikacyjną powoli udaje się przełamać. Gdy misjonarze pojawiają się w wiosce Pigmejów, dzieci coraz więcej rozumieją i chętnie wcielają się w rolę tłumaczy dla swoich rodziców i dziadków.

Kampania „Mój brat Pigmej” potrwa do 22 października. W najbliższych miesiącach do parafii diecezji kaliskiej ze świadectwem będą docierać księża z Afryki. W gablotach wywieszone zostały plakaty, na których widać twarze małych Pigmejów, podopiecznych s. Dariuszy.

Źródło: misyjne.pl