Jedzenie w Afryce jest bardzo ważne. Nie tylko dlatego, że zdobycie go wymaga wiele wysiłku. Wspólne jedzenie posiłku jest tym, co scala rodzinę i większe wspólnoty – opowiada Justyna Nowicka.

Większość produktów, których potrzebuje Neema do przygotowania posiłku wyrosła tuż za płotem. Kupuje na rynku tylko słodkie ziemniaki, bo to taniej niż płacić nocnemu stróżowi za ochronę uprawy przed pawianami. Przed południem, jak większość afrykańskich kobiet, idzie na pole, by wykopać trochę manioku. Później go obiera, gotuje, piecze albo trze na tarce lub po prostu na kamieniu, aby zrobić placki, a czasami upiec w ognisku całą masę zawiniętą w liście bananowca.

Maniok, czyli kassawa, jest bardzo popularny w Afryce. To biały, bogaty w skrobię, lekko twardawy korzeń, który można przyrządzić na wiele sposobów. Warto jednak pamiętać, że na surowo maniok jest rośliną trującą. Wszystko za sprawą glikozydów cyjanogennych. W organizmie człowieka przekształcają się one w kwas pruski, który jest silnie trujący.

GŁÓWNIE SKROBIA

W Afryce nie je się po to, żeby delektować się smakiem, ale po to, żeby się najeść. Talerze bardzo często ledwie mieszczą dania, znajdują się na nich jednak przede wszystkim składniki skrobiowe. Oprócz manioku jest jeszcze posho, kalo, nazywana także w Kamerunie jako bulu, a w Kenii i Tanzanii jako ugali, zawsze chodzi jednak o papkę z prosa. Często spotkać można na afrykańskich talerzach także ryż oraz słodkie i te „zwykłe” ziemniaki. Sos, który jest dodatkiem, może być zrobiony z mięsa albo ryb. Bardzo popularny jest także sos, znany pod nazwą „g.nuts” – z ubitych na miazgę orzechów ziemnych z dodatkiem posiekanej papryki, pomidorów i czosnku. Można także dostać do tego kawałek mięsa z kury, kozy lub wołowiny, a do tego fasolę.

SZCZURY I PASIKONIKI

Mięso dla ludzi jest bardzo ważne. Rodzina Neemy ma małe stada kóz i drobiu, ale zwierzęta te trzymane są raczej na ważne okazje, jak ślub, święto religijne albo narodziny dziecka. Na co dzień poluje się praktycznie na wszystko: węże, szczury, krokodyle, warany, a nawet na małpy.

Z kolei u Nailah dziś na kolację będą upieczone szczury polne. Te jedzone na przykład w Kamerunie są zupełnie inne od naszych europejskich. Gryzonie mieszkają często w rozległych termitierach. Zazwyczaj poluje się na nie, wkładając do otworów kopca płonące gałęzie, a jeden z nich zostawia się otwarty, aby złapać weń uciekające szczury.

Późnym porankiem na przedmieściach etiopskiego miasteczka dwie kobiety wybierają z pełnej miednicy zielone, grubiutkie, żywe pasikoniki. Obierają je z nóg i skrzydełek, a potem wrzucają z cebulą, czosnkiem i odrobiną soli na gorącą blachę. Nsenene to przysmak szczególny, na który nie każdego stać. Sezon na pasikoniki trwa jedynie w czasie deszczowe go listopada. Wieczorem na ulicach biegają dzieci, próbując je łapać rękami, kobiety używają chust. Oprócz pasikoników, na przykład w Malawi, przysmakiem są tak zwane latające mrówki, oczywiście w czasie, kiedy jest na nie sezon. W Kamerunie, i nie tylko tam, je się szarańcze i termity. Kiedyś jedzenie pasikoników dla kobiet było tabu. Dziś wszyscy je zgodnie zjadają – jak chipsy. A w supermarketach są nawet pasikoniki sprzedawane z puszki.

Wioska gidarska na sawannie w Kamerunie. Fot. MARCIN WRZOS OMI/MISYJNE DROGI

W kociołku różowa zupa, z której wystają banany, pomidory i cebula. Zupa to jeden ze sposobów na przygotowanie bananów. Nikt na świecie nie je ich tyle co Ugandyjczycy. Ale ostatnim, co im przyjdzie do głowy, jest jedzenie ich na surowo.

W wiejskich domach często jest tylko sól, olej i herbata. Przed posiłkiem gospodyni bierze maczetę i wychodzi do ogrodu po banany. Gotuje się je, piecze, przerabia na placki. Do gotowania odpowiednie są mniej słodkie gatunki zawierające więcej skrobi, nazywane matoke, a przez biologów bananami pastewnymi.

Bananów rośnie w Afryce około 50 gatunków. Nie tylko te w żółtej skórce, ale także w zielonej albo czarnej. W Ugandzie są tym, czym w Polsce ziemniaki. Gonja to odmiany nadające się do pieczenia. Najczęściej pieczone są na ruszcie i sprzedawane przy drogach w formie przekąsek. Jest jeszcze mbide, z którego robi się karmelowe piwo albo wino, i mubisi, słodkie banany zjadane na deser.

NA ULICY I NA STRAGANIE

Oprócz banana z grilla na afrykańskiej ulicy można też zjeść świeżą rybę, która jest patroszona na miejscu, nacinana, a w powstałe szczeliny wciska się odrobinę pikantnego farszu. Potem całość opieka się przez kwadrans, smarując od czasu do czasu oliwą. Daniu towarzyszy bagietka i surowa cebula.

Przy drodze często spotykane przekąski to szaszłyki, nadziewane warzywnym farszem pierożki lub gotowane jajka. Oprócz tego w wielu miejscach, np. w Malawi, na przydrożnych straganach sprzedaje się małe pieczone ptaszki. Nabija się je po pięć, sześć sztuk na patyki. Natomiast im dalej na południe, tym częściej można zobaczyć również owoce.

Kuchnie różnych regionów Afryki łączy obecność aromatycznych ziół i pikantnych przypraw. W Etiopii, na przykład, większość potraw doprawiana jest ostrą przyprawą berberie, która jest mieszanką czerwonej papryki oraz kilkunastu innych ziół, takich jak imbir, kolendra, kardamon czy ruta.

Afrykańskie targi kuszą straganami z przyprawami. Są kolorowe, piękne i świetnie pachną. Znajdziemy tam aromatyczny imbir z Nigerii, a także rozmaryn, który pochodzi z Maroka. Najczęściej z Algierii pochodzi karob, czyli zdrowsza alternatywa kakao. Jest też pochodząca z Egiptu trawa cytrynowa.

Targ w Ugandzie z lokalnymi produktami – warzywami, owocami, przyprawami i rybami. Fot. KRZYSZTOF BŁAŻYCA

NIKT NIE JE SAM

Wspólne jedzenie posiłków ma dla Afrykańczyków także wymiar symboliczny. Oznacza bycie razem i troskę o życie drugiego człowieka. Dawanie jedzenia to dawanie życia. Można się domyślać, że w Afryce, gdzie głód nie jest czymś niezwykłym, ma to często także wymiar zupełnie praktyczny. W tym kontekście kulturowym, jeśli misjonarze chcą być skuteczni, wiarygodni, muszą się odnajdywać i realizować. Czasem będzie to dzielenie życia z ludźmi, czasem dzielenie się jedzeniem z głodnymi, a czasem nauka ekologicznej i wydajnej uprawy roślin czy hodowli zwierząt. Oprócz ewangelizacji misjonarze robią także to.

– Afrykańczycy, przynajmmniej ci, których ja spotkałam, bardzo chętnie zapraszają do domu nawet nas, obcych dla nich ludzi, by porozmawiać i podzielić się posiłkiem, nawet jeśli jest to tylko herbata lub trochę ryżu. Nie wypada wtedy nie przyjąć zaproszenia i nie spróbować. Byłaby to dla nich duża przykrość i po prostu nietakt. Jednak bardzo ważne jest dla nich także jedzenie posiłków tylko w gronie rodzinnym. Widać to zwłaszcza przy okazji dni świątecznych. Wtedy najczęściej nie spotykają się z nikim spoza rodziny, ale wspólnie razem spędzają czas – mówi Anna Kiełbasa, która w zeszłym roku była wolontariuszką misyjną w Mozambiku.

Dzieci zasiadają razem z dorosłymi do stołu, choć nie zawsze tak bywało. Wciąż silna jest pozycja ojca w rodzinie. Wspólne spożywanie posiłku integruje rodzinę i społeczność, wyznacza rytm dnia, świadczy o przywiązaniu do życia wspólnotowego. Istnieje nawet przysłowie: „Kto sam je, ten sam umiera”. Jeśli ktoś spóźni się na posiłek też nie jada sam, zawsze ktoś się dosiada i mu towarzyszy. Nawet mijając ludzi jedzących należy się zatrzymać, przysiąść do nich, Jeśli jest się głodnym – to zjeść tyle, ile potrzeba. A na pewno trzeba chociaż spróbować.

>> Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę <<<

Źródło: misyjne.pl