Adela i Tobiasz Lemańscy spędzili dwa lata na misjach w RPA, gdzie uczyli w szkole dla niewidomych. Kilka lat później wyjechali do Etiopii, by i tam realizować misyjne powołanie. Czym różniły się te dwa wyjazdy i jakie historie zapadły im najbardziej w pamięć? O tym z Adelą rozmawia Karolina Binek.

Karolina Binek: Gdy wstępowali- ście do ruchu Świeckich Misjonarzy Kombonianów (ŚMK) mówiliście: „Jako małżeństwo wiemy, że naszą misją jest kochać! Jako misjonarze chcemy do tego przekonać również innych”. Jak to się stało, że wkrótce po ślubie wyjechaliście do Afryki? 

Adela Lemańska: Powołanie misyjne pojawiło się u mnie w trakcie studiów. Już w liceum myślałam o wyjeździe na wolontariat, ale dopiero z czasem puzzle złożyły się w całość i odkryłam, że chciałabym pojechać na misje. Zawsze lubiłam uczyć się języków, czytałam reportaże o Afryce. Chodziłam na wolontariat do starszej pani, która mówiła mi, że jeżeli jeszcze raz mogłaby przeżyć swoje życie, to wyjechałaby na misje. Od lat prenumerowała Wasze „Misyjne Drogi”, które zostawiała mi do czytania. Później trafiłam do poznańskiego Akademickiego Koła Misjologicznego. W międzyczasie poznałam Tobiasza, a nasza przyjaźń szybko przeszła w narzeczeństwo. Wzięliśmy ślub w 2011 r., a rok później wyjechaliśmy do RPA (2012-2014). Potem wyjechaliśmy na kolejne dwa lata, tym razem do Etiopii (2017-2019).

Młode małżeństwo wyjeżdża na misje. Czy w RPA lub Etiopii mieliście okazję mówić o miłości mał- żeńskiej? W końcu w przypadku RPA mieliście jeszcze mały staż. 

– W RPA pracowaliśmy w ośrodku dla niewidomych prowadzonym przez polskie siostry franciszkanki. Byliśmy wtedy bardzo młodzi, mieliśmy krótki staż małżeński i pracowaliśmy głównie w sferze edukacji. W ciągu dnia uczyliśmy w szkole podstawowej i średniej, popołudniami prowadziliśmy szkołę muzyczną dla dzieci niewidomych, a wieczorami pomagaliśmy niewidomym uczniom z internatu w nauce. Podczas wielu wspólnie spędzanych godzin w internacie był czas na głębokie rozmowy o małżeń- stwie i pojawiały się pytania o naszą wzajemną relację.

W Etiopii z kolei mieliśmy wiele okazji, by dzielić się swoim doświadczeniem małżeńskim. Był czas na świadectwa, prowadziliśmy spotkania i rekolekcje dla małżeństw, odwiedzaliśmy rodziny w domach i zapraszaliśmy je do siebie. Najbardziej zapadła mi w pamięć wizyta w regionie Beni- shangul-Gumuz. W glinianej, zapadniętej kaplicy, z przeogromnym kop- cem termitów na środku, mówiliśmy o tym, jak przeżywamy nasze małżeństwo. Po naszej krótkiej przemowie wstała pewna starsza pani. Powiedzia- ła, że nigdy nie słyszała czegoś piękniejszego i żałuje, że usłyszała to tak późno, ponieważ ona jest już za stara, by wprowadzić w życie chrześcijańską wizję małżeństwa. Życzyła za to młodym, by ją urzeczywistniali. Po kilku dniach dawaliśmy kolejne świadectwo w miasteczku obok i wielu młodych ludzi zadawało praktyczne pytania o to, jak można np. samemu wybrać sobie małżonka. W tamtym regionie istnieje bowiem praktyka wymiany członków rodziny przez małżeństwo – żona przechodzi do rodziny męża, w zamian za to mąż oddaje swoją siostrę na ożenek w rodzinie żony. To często sytuacje przemocowe, prowadzące wręcz do samobójstw młodych dziewczyn.

Fot. Archiwum prywatne Adeli i Tobiasza Lemańskich

Z Twojej opowieści wynika, że Wasz dzień był wypełniony po brzegi aktywnościami. Mierzyliście się zapewne z wieloma trudnościami. Czy pomagało Wam to, że byliście razem? 

– Bardzo. To prawda, że praca na misjach bywa frustrująca i męcząca. Często nie widać efektów pracy, cza- sem brakuje poczucia sensu. Spotkaliśmy niejednego kapłana, który był przygnieciony samotnością i ogromem wyzwań, których nie mógł na co dzień przedyskutować z kimś bliskim, znaleźć w kimś wsparcia i radości. Czasami zastanawiamy się nad tym, dlaczego jesteśmy takim dobrym mał- żeństwem [śmiech]. To przede wszystkim łaska od Boga, ale też przeszliśmy bardzo dużo razem jako młode osoby, bo wcześnie się pobraliśmy (mieliśmy 21 i 25 lat), a wspólne doświadczenie misyjne też bardzo nas ukształtowało.

Byliście z Tobiaszem, jak w sumie każda rodzina chrześcijańska, misjonarzami. Poznaliście wielu ludzi, a każdy z nich niósł ze sobą historię życia, emocje. Czasem historię niełatwą… Napisaliście o tym książkę pt. „Pierwszy zmysł”. 

– Zgadza się. Nie mieliśmy takiego planu na początku. Jednak, gdy wróciliśmy z RPA, to ludzie ciągle zadawali takie same pytania – głównie o szczepionki i robaki. Nikt natomiast nie pytał nas o historie naszych uczniów. Powoli zaczęliśmy zapominać wiele szczegółów naszego doświadczenia i kiedy sobie to uświadomiliśmy, to zrobiło nam się żal, że nasz wyjazd zostanie sprowadzony tylko do tych chorób i robaków. Książkę „Pierwszy Zmysł. Południowa Afryka oczami niewidomych” można nabyć w księgarniach stacjonarnych i internetowych.

Po dwóch latach w RPA wyjechaliście na misje ponownie, tym razem do Etiopii. Czy da się porównać te dwa wyjazdy? 

– To były diametralnie różne doświadczenia. W RPA bardzo szybko wdrożyliśmy się w tamtejsze życie i w pracę – przyjechaliśmy w poniedziałek, a już w środę prowadziliśmy lekcje w szkole. W Etiopii natomiast najpierw przez cztery miesiące uczyliśmy się w stolicy (Addis Abeba) języka amharskiego. Później zamieszkaliśmy w Auassie – mieście, które ma około 300 tysięcy mieszkańców i znajduje się pięć godzin jazdy na południe od stolicy. W Auassie pracowałam w biurze diecezji i podróżowałam po niej z biskupem. Ta diecezja jest wielkości 1/3 Polski i ma tylko 11 parafii. W ramach swojej pracy aplikowałam do różnych instytucji i nadzorowałam projekty, które umożliwiały funkcjonowanie różnych instytucji, przede wszystkim katolickich przychodni. Codzienne towarzyszenie biskupowi było wyjątkowym doświadczeniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że miałam okazję wykonywać pracę, która prawdopodobnie nie jest w Polsce dostępna wielu świeckim osobom, a zwłaszcza kobietom. Jednocześnie miałam zgoła inną wizję tego, czym jest misja i cały czas szukałam swojej drogi w pracy duszpasterskiej. Ostatecznie udało nam się przeprowadzić dużo inicjatyw ewangelizacyjnych: kurs biblijny, spotkania małżeńskie, warsztato-rekolekcje o pokoju w skonfliktowanych plemionach na terenie diecezji, katechezy dla dzieci w Ośrodku Matki Teresy oraz katechezy w parafii. Mój mąż pracował głównie w administra- cji w ośrodku zdrowia, który się przebudowywał w duży szpital. Prowadził też kurs komputerowy w więzieniu dla kobiet oraz organizował półkolonie dla dzieci z najbiedniejszych rodzin.

Fot. Archiwum prywatne Adeli i Tobiasza Lemańskich

Teraz już wróciliście z mężem do Polski na stałe? A może chcecie wyjechać jeszcze w przyszłości na misje? 

– Nie wiem, czy na stałe. Nie chciałam wyjeżdżać z Afryki. Ale zaszłam w ciążę i radzono mi, żebym tam nie rodziła. Bardzo długo przeżywałam, że musiałam wrócić z misji. Ale zakładaliśmy, że wrócimy. Potem rok po roku urodziło nam się dwóch synków. Jeden ma teraz trzy latka, drugi dwa. Miesiąc temu urodził nam się trzeci synek. Nie wiem, czy realia misji z trójką małych dzieci mnie nie przerosną. Ale jeśli Bóg będzie utrzymywał swoje pragnienie w nas, to jeszcze wrócimy na misje.

Źródło: misyjne.pl